Nowy wstrząs kutra był tak silny, że upadli. Rozległ się głośny trzask, jakby statek przełamał się na pół. Rzucili się do wyjścia. W luku ukazała się twarz jednego z marynarzy.
— Wychodźcie! Prędzej! — krzyknął.
Aleksjej chwycił pasy ratunkowe, jeden włożył na Topolewa, drugi na Tanie. Dziewczyna na moment przypadła do niego.
— Alosza, ratuj Beridzego... — wyszeptała całując go mocno.
I rzuciła się ku Beridzemu, żeby się z nim pożegnać. Aleksjej przytrzymując Topolewa ruszył po chwiejących się schodkach. Wyskoczyli na pokład. Tu zwalił się na nich wyjący wicher. W dzikim szaleństwie żywiołu nie można było zorientować się gdzie jest niebo, gdzie brzeg, gdzie cieśnina. Wszystko się skłębiło. Kuter to zamierał, to znów parł wściekle naprzód.
— Motor zupełnie odmówił posłuszeństwa! — rzucił Poliszczuk Beridzemu. — Trzeba będzie skakać do wody.